Autor: On

  • Dlaczego jeden dzień na raz?


    2–3 minut
    Swirling abstract shapes in beige, brown, green, and muted orange colors.

    Niech cię myśl o całości życia nie trapi! Nie uprzytomniaj sobie, jakie cię i ile przykrości prawdopodobnie nawiedzi! Ale przy każdej przykrości, która cię spotyka, zadaj sobie pytanie: Co w tym wypadku niemożliwe jest do zniesienia i przetrwania? A zarumienisz się ze wstydu, gdybyś się do tego przyznał. Następnie przypomnij sobie, że nie gnębi ciebie ani przyszłość ani przeszłość, ale zawsze teraźniejszość.

    Marek Aureliusz, Rozmyślania (Księga VIII, 36)

    Długo zastanawiałem się jaka myśl zobrazuje kwestię bycia tu i teraz najlepiej. Najlepiej w kontekście treści, które tu zamieszczamy – nie w ogóle, bo na to bym się nie powarzył. Wybrałem z górnego „c” – Marka Aureliusza, ale nadal rezonuje mi w głowie anegdota, którą Anne Lamott zawarła w swoim kultowym poradniku na temat pisania. Rzecz dotyczyła dzieciństwa Anne i sytuacji, kiedy ojciec pomógł jej zapłakanemu, starszemu bratu w pisaniu wypracowania na temat ptaków. „Ptak za ptakiem, chłopie. Po prostu bierz ptaka za ptakiem„.

    Jestem marzycielem i idealistą. Wielokrotnie w moim życiu przygotowywałem strategie epickiego rozpoczynania wielkich dzieł: czy była to publikacja naukowa, początek szlifowania formy przed zdobyciem Kilimandżaro, zrzucanie wagi czy systematyczne porządkowanie wiecznie zabałaganionego biurka. Znakiem rozpoznawczym moich planów była ich złożoność i przede wszystkim kompleksowość. Zmiana zasadzająca się na odmówieniu sobie szóstego kawałka ciasta (w przypadku zrzucania wagi) wydawała mi się niegodna, błaha i niepoważna. Coś na czym nie warto się skupiać, bo przecież wszystko albo nic, prawda? Przejście na wodę źródlaną i surowe warzywa w skąpych ilościach jawiło się znacznie bardziej heroicznie. Tak. To coś, czemu warto poświęcić poemat. Niestety życie dość szybko weryfikowało moje przemyślne strategie. Po kilku – no, czasem nawet kilkudziesięciu – godzinach przykładnej postawy przychodziła codzienność. A z nią przeszkody, większe i mniejsze. I cały plan trafiał do kosza, bo przecież, jak już napisałem wszystko albo nic. Zatem nic.

    I można by ten schemat kwitować uśmiechem, gdyby dotyczył wyłącznie normalnych zadań codzienności. Nic godnego naśladowania, ale i nie niosącego ze sobą dramatycznych zagrożeń. Tymczasem na pewnym etapie mojego życia zarzuciłem samotność na rzecz permanentnego, wiernego i całkowicie oddanego towarzystwa alkoholu. Było nam ze sobą najpierw interesująco, potem dobrze, wreszcie obowiązkowo. Moje poświęcenie dla towarzysza życia rosło i zdawało się nie mieć granic. Oddałem mu zdrowie, wolność, godność i wiele innych przymiotów. Poświęciłem dla niego rodzinę, karierę, przyjaciół i zainteresowania. Aż przyszedł dzień, kiedy uczucie zaczęło słabnąć a we mnie coraz silnie kiełkowała myśl o rozwodzie albo co najmniej separacji. Sęk w tym, że podobnie jak w przypadku innych projektów, również i tu moje wizje miały rozmach na miarę rewolucji. Odchodziłem, ale kiedy tylko w moim życiu pojawiała się najmniejsza choćby skaza czy problem – wracałem. I tak w kółko. Bez nadziei na zmianę.

    Aż w końcu przyszedł dzień, kiedy pogodziłem się z tym, że nie będę stawiał stóp idealnie, według wzorca, że nie będę realizował zamierzeń w tempie, jakie sobie lubiłem wymarzyć. Kiedy uznałem, że oczekiwanie na wielką zmianę nie ma sensu, bo ona nigdy nie nadchodzi. I że liczy się tylko ten jeden dzień, bo tylko on naprawdę istnieje. A kiedy już to zrozumiałem, moje życie nabrało blasku, szczęścia i spokoju. Krok po kroku odbudowywałem siebie, relacje, sytuację ekonomiczną. Dzień po dniu. Jeden dzień naraz.